- tekst i stylizacja Alicja Radej
- zdjęcia Dariusz Dostojewski
Zanim odnaleźli swe miejsce na ziemi, Małgorzata i Henryk Jończykowie przez wiele lat mieszkali na Śląsku. On – restaurator w trzecim pokoleniu – z zamiłowaniem prowadził własną restaurację i kawiarnię. Ona wykorzystywała swe artystyczne uzdolnienia dekorując ich wnętrza. Do pełni szczęścia brakowało im tylko rodzinnej siedziby, miejsca, które byłoby azylem dla kolejnych pokoleń. Pani Małgorzata dokładnie wiedziała, jak ono powinno wyglądać. Na jego obraz składały się zapamiętane z dzieciństwa opowieści dziadków, w których z rozrzewnieniem wspominali uroki i wyzwania ziemiańskiego życia, oraz lektura ukochanych „Nocy i dni”.
NA PRZEKÓR TRUDNOŚCIOM
Miejsca na rodzinne gniazdo Jończykowie postanowili szukać na południu, urzeczeni podbeskidzkimi krajobrazami. Wspólne weekendowe i wakacyjne wypady za miasto miały za cel już nie tylko wypoczynek, ale także poszukiwanie wymarzonego terenu pod przyszłą siedzibę. Wybór padł na gospodarstwo w Kończycach Wielkich koło Cieszyna, z ciekawie ukształtowanym terenem i stawem. Pani Małgorzata z wielkim wyczuciem dobierała plany, starając się, by dom łagodnie wtopił się w otaczającą go przyrodę. Na przekór trudnym latom sześćdziesiątym, deficytom materiałów budowlanych i ogólnie panującej bylejakości rozpoczęto budowę. Zapał, optymizm i determinacja, z jaką pani domu podeszła do przedsięwzięcia, od początku wróżyły sukces. I choć najwięcej entuzjazmu wzbudzała w niej wizja urządzania wnętrz i sadzenia roślin, równie dobrze wcześniej radziła sobie z instruowaniem robotników i uwagami, jak osadzić kolumnę czy gzyms.
OBRUS Z SANTA MONICA, FORTEPIAN Z PLEBANII
Większość mebli i sprzętów to pamiątki rodzinne. W czasach powojennych, kiedy każdy marzył o nowych i nowoczesnych meblach, ciotki pani Małgorzaty łapały się za głowę, gdy ta wyciągała upchnięte na strychach i w szopach stare komody i stoły. Po zakończeniu budowy wreszcie znalazły godne siebie miejsce. Dziś trudno sobie wyobrazić dom państwa Jończyków bez ogromnego wiekowego stołu w jadalni, przy którym swobodnie mogą zasiąść dwadzieścia cztery osoby. Co jakiś czas, wraz z pojawianiem się kolejnych potomków, dokładane są nowe deski do blatu – tak by dla wszystkich starczyło miejsca. Nigdy nie brakuje tu pięknych kwiatów i przykuwających uwagę obrusów – to dwie słabości pani domu. Kwiaty zazwyczaj pochodzą z własnego ogrodu, obrusy przywożone są z najdalszych zakątków świata, na przykład misterne koronkowe cudo, które teraz dekoruje jadalnię, pani Małgorzata wypatrzyła podczas wakacji w Santa Monica. Zresztą o miejscu najbliższym jej sercu pani Małgorzata pamięta zawsze, gdziekolwiek jest. Stojący zegar w jadalni i wiekowy fortepian w salonie stały niegdyś na śląskiej plebanii. Ksiądz przechodząc na emeryturę nie zabierał ich ze sobą. Instrument gospodarze kupili z myślą o szwagrze – muzyku i kompozytorze, organiście najstarszej polskiej katedry – poznańskiej bazyliki. Spędzał on w Kończycach wiele czasu, komponując i ucząc dzieci gry na fortepianie, całą familię wyszkolił też w śpiewaniu na głosy. Umiejętności przydają się do dziś.
TULIPANOWCE I BAŻANTY
Podjeżdżając wyłożoną granitem drogą pod wzniesienie, na którym znajduje się dom, trudno uwierzyć, że otaczający go piękny park jest także dziełem gospodarzy. Podziw budzą okazałe tulipanowce, których urodę w pełni można podziwiać, gdy zakwitają. Błękitne kaskady krzewów hortensji wokół werandy zachwycają wszystkich gości. Przy ścieżce prowadzącej w głąb parku rosną grzyby, wśród drzew hasają wiewiórki, spotkać tu można także bażanty, a zimą nawet sarny.
MAGICZNA ATMOSFERA
Historia domu państwa Jończyków liczy sobie tylko kilkadziesiąt lat, jednak opowieści z nim związanych jest tyle, że starczyłoby na obdzielenie kilku domów. A to za sprawą magicznej atmosfery, która zawsze tu panowała, przyciągając krewnych, przyjaciół i znajomych. Przyjeżdżali z miasta i niechętnie opuszczali przyjazne kończyckie progi. Dom z czasem stał się, tak jak to sobie wymarzyła pani Małgorzata, oazą dla kolejnych pokoleń. Pięcioro dzieci gospodarzy pozakładało rodziny, pojawiły się wnuki. Wszyscy regularnie odwiedzają rodziców. Każdy, kto kiedykolwiek odwiedził Kończyce, może powiedzieć, że wie jak wygląda prawdziwy dom. Rozchodzi się w nim zapach ciasta z owocami z własnego ogrodu, słychać radosny śmiech dzieci, a nad wszystkim czuwają zadowoleni z życia gospodarze, którzy nie bali się spełnić marzeń.