top_middle

VILLA nr 9,
Wrzesień 2010

o_mala

Forum
buckstab, 06-09-10 02:02
buckstab, 03-09-10 13:07
buckstab, 03-09-10 12:51
buckstab, 03-09-10 12:44
buckstab, 03-09-10 12:31
buckstab, 03-09-10 12:23
buckstab, 03-09-10 12:23
buckstab, 03-09-10 12:04
buckstab, 03-09-10 11:54
buckstab, 03-09-10 11:40
Rodzinny azyl



  • rozmawiała Magdalena Kuszewska
  • zdjęcia Sławomir Kubala

Villa: Od niedawna mieszkasz z rodziną w domu na skraju lasu, za Krakowem. Dlaczego akurat tutaj?

JANUSZ RADEK: Szukaliśmy domu ponad rok, dużo jeździliśmy. To miejsce znalazła Beata, moja żona. Budynek był w stanie surowym. Wyglądał jak tysiące innych budowanych w ciągu ostatnich lat w Polsce. Urzekła nas okolica: las, rzeczka, do której można zejść. Nikt nas nie podgląda. Nie grozi nam uciążliwe sąsiedztwo.

V: Wprowadziliście się w grudniu ubiegłego roku. Jakie były te pierwsze święta?

J.R.: Wyjątkowe, rzeczywiście. Taka ?Cicha noc?... Wigilia była pełna ciszy. Żadnego hałasu poza tym, który robiliśmy sami podczas przygotowywania jedzenia, sprzątania, częstowania się i dzielenia opłatkiem. Byliśmy szczęśliwi, że słyszymy samych siebie.

V: Dom zadziwia stylem. Ktoś wam pomagał w jego urządzaniu?

J.R.: Zaangażowaliśmy naszego przyjaciela, Michała Urbana. To Michał wymyślił tę przestrzeń. Zaproponował, żeby zburzyć jedną trzecią ścian ? i tak się stało. Musieliśmy wzmocnić strop, pojawiło się szereg dodatkowej pracy, problemy z wykonawcami. Ale efekt bardzo nam się podoba. Poprzez liczne przeszklenia otworzyliśmy dom w stronę lasu, na zieleń i roślinność. Teraz pracujemy nad ogrodem. Zachwyca mnie wciąż, że przyroda niemal wchodzi do naszego domu.

V: No właśnie, słyszałam o niezwykłych wizytach...

J.R.: Niedawno po tarasie spacerował dzik, a wokół domu kręci się lis. Nad garażem zamieszkała kuna. Rzeźbiła korytarze w przestrzeniach, które służą do ocieplania budynku i niestety niszczyła je. Ktoś mi powiedział, że kuna nie lubi hałasu. Pomyślałem, że skoro tak, to w miejscu, gdzie sobie umościła legowisko ustawię sprzęt grający. Zacząłem ją męczyć radiowymi rozgłośniami komercyjnymi. Po dziesięciu dniach kuny już nie było.

V: Kończycie urządzanie domu. Stół, meble kuchenne ? wszystko współgra z jego architekturą.

J.R.: Większość mebli jest również pomysłu Michała. Zdaliśmy się na niego. Lubimy z żoną styl art déco, ale nie zamierzaliśmy kopiować żadnych wnętrz. Stół, szafki kuchenne, łóżko w sypialni są wykonane w jednym stylu. Chciałem, żeby to były rzeczy nieprzypadkowe, z ciekawymi detalami, jak choćby zaokrąglone boki mebli. Przyznam, że ostatecznym wystrojem zajmuje się Beata. Ja wytrzymuję w sklepie najwyżej dwie godziny.

V: Uwagę zwraca dwustronny kominek pomiędzy kuchnią i salonem.

J.R.: Marzyło nam się, by kominek nawiązywał do dawnych pieców kaflowych. Jest prosty, strzelisty. Marmurowe płytki mają strukturę kafli.

V: Obok salonu jest Twoja pracownia... Kiedy masz czas na komponowanie?

J.R.: W nocy. Ale też w dzień, jak rozwiozę moje dziewczyny do szkoły i pracy, czyli od dziewiątej do dwunastej. Nocami zamykam drzwi na trzy spusty, żeby nie przeszkadzać. Ale i tak nie mają ze mną łatwo (śmiech).

V: Współpracowałeś ze Zbigniewem Preisnerem, Leszkiem Możdżerem, zespołem Republika, Piwnicą Pod Baranami i z Piotrem Rubikiem. Ale czy to ?Dziękuję za miłość?, pierwsza autorska płyta, jest ukoronowaniem twórczości?

J.R.: Tak. Nagrałem ją w listopadzie 2007 roku, ale mam już materiał na drugą, nawet większość tekstów. Jeśli się uda, wydam ją jesienią. Szukam jeszcze pomysłu na produkcję. W jakie uderzyć dźwięki, w jakie barwy ubrać całość? Nie chcę grać podobnie. Mam też dwa programy, które chciałbym wydać: ?La dolce NRD? i ?Dom za miastem?.

V: Koncertujesz po całej Polsce. Nie jesteś zmęczony życiem w podróży?

J.R.: Z radością wracam do ciszy, bo tutaj panuje niezwykły spokój, ale przede wszystkim wracam do żony i córki. Beata więcej zajmowała się budową domu i jest do niego bardziej przywiązana. Ja się wciąż przyzwyczajam. Czasem mnie przeraża myśl, że jeszcze tyle trzeba tutaj zrobić. Ale jeśli za dużo myślisz o zarabianiu pieniędzy, zapominasz o muzyce. Nie chcę, aby okazało się, że dom to całe życie.

V: Za co się zabierasz w domu, kiedy wracasz?

J.R.: Jedyna rzecz, którą naprawdę dobrze robię, to froterka podłogi (śmiech). Kiedy mam czas, gotuję. Dziś będzie zupa jarzynowa. Lubię też dusić mięsa.

V: Czy masz gdzieś ulubioną publiczność?

J.R.: Myślę, że na Śląsku. Może dlatego, że przełomem była tam dla mnie rola Judasza w musicalu ?Jesus Christ Superstar?. Ślązacy to ludzie południa, lubią śpiewać, to wynika z tradycji. Organizują dużo fojerów, czyli festynów. Wychodzą z domów i śpiewają. Mają konkursy taneczne, śpiewacze, z zacięciem ludowym.

V: Skończyłeś historię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Znasz dzieje miast, do których jeździsz?

J.R.: Lubię wiedzieć, czy miasto, gdzie gram koncert, było kiedyś polskie czy pruskie. Lubię wiedzieć, jacy ludzie w nim mieszkają. Do tej pory historia wciąż mnie zajmuje. Gdyby przeanalizować, co czytam, to okaże się, że krążę dookoła historii społecznej, ludzkich losów. Ale nawet kiedy studiowałem historię, interesowała mnie mocno muzyka. Wtedy śpiewałem heavy metal z zespołem Zanderhaus. Sporo się tam nauczyłem. Koledzy grali ostrą muzykę, przez którą musiałem się przedzierać. Nie przykręcali instrumentów do połowy (śmiech).

V: Więc to dlatego potrafisz tak głośno śpiewać! A jak z tremą? Jest większa, kiedy wiesz, że jesteś na koncercie jedynym artystą?

J.R.: Chyba tak, ale za to w sytuacji, gdy jest nas paru, artyści się ścigają. Oczywiście po cichu. Każdy chce wypaść jak najlepiej. Nie chodzi o to, kto dostanie większe brawa, ale kto bardziej się postara. Przy coverach ważne jest, by opowiedzieć jak najlepiej własną historię, a jednocześnie być w zgodzie z całością. Jestem wykonawcą teatralnym, moja twórczość wynika z teatru muzycznego, więc staram się kontynuować myśl reżysera. Scena jest gonitwą, czy tego chcemy, czy nie. A w teatrze każdy słucha reżysera, ale chciałby mieć solówkę...

V: Wolisz wielkie koncerty czy te kameralne?

J.R.: Każdy jest trudny. Nie klasyfikowałbym tego w ten sposób, że gra się inaczej dla większej lub mniejszej liczby ludzi. Kiedy mam któryś koncert z rzędu, dbam, by nie było tak samo, jak wczoraj. Ludzie, którzy kupują bilety na mój koncert, wiedzą, kim jestem. Występuję zwykle w salach dla 500-600 osób. I to jest wyzwanie ? tak jak wyzwaniem jest śpiewanie dla ludzi, którzy przyszli na kiełbaski i darmowe piwo. Rozmawiam z publicznością, która przychodzi na mnie i chce mnie sprawdzić. Przekonać się, czy mam coś do powiedzenia.

V: Porozmawiajmy o wpadkach. Zdarza Ci się zapomnieć tekstu na scenie?

J.R.: Czasami. Zmieniam się wtedy w ciągu tych paru sekund w... krawca (śmiech). Jak to mówią ?szyję tekst?. Ludzie, którzy lepiej znają teksty ode mnie, od razu wyłapują te pomyłki. Większość podchodzi do tego z poczuciem humoru: ?O, tam się pan pomylił!?, ?W drugim utworze się pan sypnął? ? mówią. Podoba mi się, że to zauważają. A mylenie się jest ludzkie.

V: A zdarzyło Ci się, mówiąc językiem sceny, ?ugotować??

J.R.: Przy aktorce Eli Okupskiej, która ma niezwykle wymowne oczy. Kiedy ją coś rozbawi, szklą się jej w sposób widoczny. Raz stałem na scenie i zobaczyłem, że Ela wychodzi ze szklanymi oczami. Coś musiało ją rozbawić. A że jest profesjonalistką, sama się nie ugotuje. Najtrudniej było, gdy zetknęliśmy się wzrokiem. Śpiewałem ostatkiem sił. Musiałem się naprawdę zebrać w sobie. Uważni widzowie zauważyli, co się ze mną dzieje.

V: Jak przeżywasz moment po? Kiedy już zgasną światła, rozdasz autografy...

J.R.: Jestem bardzo zmęczony fizycznie. Każdy koncert wiele mnie kosztuje. Na każdy składają się trzy istotne elementy. Techniczny, czyli praca mięśni, rąk, nóg. Kolejny to zmaganie się z niedogodnościami, troska o dobry sprzęt nagłośnieniowy, z którym w polskich salach jest często problem. I wreszcie ostatni element ? profesjonalizm na scenie. Myślę o tym, w którym momencie kończy się opowiadanie ludziom o tym, o czym śpiewam, a gdzie zaczyna się histeria... Chcę, żeby w moim scenicznym mówieniu była prawda. Tę samą piosenkę można przecież śpiewać na wiele sposobów. Kłaść akcent na różne wątki. Jeżeli za dużo mówisz nią o sobie, publiczność czuje, że epatujesz prywatnością. A wolałbym, by interesowano się moją twórczością, nie prywatnością.

V: Czy na scenie ukrywasz przed widzami prawdziwe emocje?

J.R.: Każdy z programów, który gram, ma pewną główną myśl. Oczywiście, chcąc nie chcąc przemycam z własnego życia niektóre elementy. Jednak jest we mnie taka ?mata dezynfekująca? ? gdy wchodzę na scenę, pewne rzeczy zostawiam za sobą. Bez sensu byłoby gdybym na przykład był wściekły i nie potrafił tego opanować. Uważam, że artysta, który w stu procentach przenosi swoje prywatne emocje na scenę nie jest fair wobec publiczności.



 Poleć artykuł znajomemu. Kliknij tutaj !


Czytaj także / Zobacz także